Nie dyskutuj, rób swoje

Unikam mainstreamowych mediów jak ognia. Czasami jednak zdarza mi się przeczytać jakiś sensacyjny artykuł, bo wierzę że może wreszcie znajdę tam choć skrawek mądrości.
Nie zgadzając się z nim, mam ochotę rozpocząć jakąś polemikę albo co najmniej dyskusję, która wzniesie co niektórych na wyżyny świadomości.
Efekty mojej ciężkiej pracy nad sobą, m. in. nad kontrolą emocji, pomagają mi jednak powiedzieć: „daj sobie spokój człowieku”.

Znam wiele osób, które bardzo chętnie przekazują dalej link, komentują, wyrażają swoje niezadowolenie, ulegają demagogii. I to wszystko jest dość naturalne, bo tak chyba przecież działa człowiek.
Ja tylko w takiej sytuacji zadaje sobie pytanie: „co będzie miało większy, pozytywny wpływ na życie moje i innych: dyskutowanie czy praca nad tym, w co wierzę”.
No zastanówmy się: dyskusja skończy się na dyskusji. Parę osób dowie się czegoś więcej. Można iść na piwo i przegadać całą noc analizując Wielkie Problemy Świata.
Czasami zdarzy się oczywiście „efekt Wykopu”, ale tam nie trzeba dyskutować, wystarczy klikać :D.
Praca nad tym, w co wierzymy jest bardziej owocna. Głównie dlatego, że jeśli coś tworzymy jest to prawdziwe, realne doświadczenie, które inspiruje innych. Słowo nie zmieni świata, dopóki nie zamieni się w czyn.

Jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają, ale mam wybór:

  • żalić się wszystkim naokoło, że jest tak źle (niestety nadal mi się to zdarza, ale pracuję nad tym :))
  • pomyśleć nad tym, co ja mogę zrobić żeby było lepiej

Przykłady takich sytuacji.

Strona banku ma słaby layout, strona sieci komórkowej nie obsługuje płatności online.
Na początku myślałem sobie: WTF!? Takie wielkie firmy, a nie dbają o elementy istotne dla klientów? Potem jednak przeszedłem na drugi tor i zacząłem się zastanawiać: jak wygrać przetarg na kontrakt rozwiązujący te problemy. Doszło nawet do tego, że ćwiczyłem na żywo negocjacje tego kontraktu. Na razie nie mam w planach tego wdrażać, ale dzięki temu podejściu zdobyłem nowe umiejętności.

Artykuł o tym, że mainstreamowe piosenki mają słabe słowa. Oczywiście że tak. Przecież inaczej się nie sprzedają, a z samej muzyki wcale nie łatwo wyżyć.
Kusiło mnie, żeby rozpocząć dyskusję nt. balansu pomiędzy jakością sztuki i jej sprzedażą, ale pomyślałem „po co mi to?”.
Wolę tworzyć i później bazując na własnych doświadczeniach analizować rzeczywistość, niż poświęcać energię na kolejną, długą wymianę argumentów.
Mam swój wielki plan życia jak możnaby to zmienić, ale chyba dopiero moje dzieci albo wnuki będą mogły doczekać się rezultatów.

Jeśli jednak komuś zależy na tych fajnych słowach to pomoże tutaj Wojciech Młynarski – Róbmy swoje! 🙂