Twórczość misyjna

Chciałbym się z Wami podzielić moimi doświadczeniami z kilku ostatnich lat, mówiącymi o tym, dlaczego tworzenie oraz organizacja wydarzeń kulturalnych, w moim konkretnym przypadku koncertów muzycznych czy muzyczno-tanecznych, nie spinających się finansowo, to praca znacznie bardziej trudna niż się wielu osobom wydaje. Działalność charytatywna, misyjna, ideologiczna – w kontekście nieopłacalności to chyba synonimy. Dla kogo to piszę? Po pierwsze dla ludzi, którzy też podobne rzeczy tworzą i chętni dowiedzieliby się, że z pewnymi problemami nie są sami, że możemy sobie nawzajem pomóc i że na pewne sytuacje po prostu nie mamy wpływu, więc nie warto sobie psuć nimi zdrowia. Po drugie dla osób, które nie zarządzają organizacją tego typu wydarzeń, przez co nie są świadomi jak często utrudniają życie ludziom inicjatywy (zarówno artyści, ekipa techniczna, czy publiczność).

Delegacja próśb

Zajmuję się zarządzaniem także w branży IT. W biznesie, nastawionym głównie na zysk materialny, model pracy jest inny. Każdy ma podpisaną umowę, o pracę, dzieło, zlecenie lub b2b. Papierowe umowy są na trudne czasy, ale jednak coś tam regulują. Motywacją zazwyczaj są pieniądze, czyli bardziej prymitywnie mówiąc przetrwanie, więc każdy pracownik wie, że musi pracować (albo dobrze udawać) żeby zarabiać, dlatego w pracy regularnie się pokazuje i stara się zaprezentować efekt swoich działań. Szef ma prawo zlecić zadanie i oczekiwać konkretnego wyniku.

W przypadku projektów opartych na dzieleniu wspólnej pasji sytuacja mocno się zmienia. Większość umów jest słowna, aby uniknąć nadmiarowej biurokracji. Ludzie pracują poświecając swój czas wolny, zmęczeni po godzinach. Opierają się na niematerialnej motywacji, która dla każdej osoby jest nieco inna. Nie muszą. Chcą. Są jednak ograniczeni czasem, energią oraz obowiązkami o wyższym priorytecie, więc często chęci to zdecydowanie za mało, bo życie nie pozwala na realizację planów. W takim przypadku zlecenie zadania posiada znacznie większe ryzyko jego niewykonania, nie wspominając już o tym, że o coś ponad umówione na starcie obowiązki można tylko prosić, nie wolno wymagać. Aczkolwiek… poznałem w życiu osoby, które uważały, że im wolno. Wolno zabierać wieloosobowej orkiestrze cały niedzielę. Wolno wymagać od nich rozwoju i dyscypliny. I przy tym płacić tak śmieszne pieniądze, że na paliwo nie starcza. Ludzie nie musieli, ale przychodzili. Potrzebowali po prostu przynależności do grupy i realizacji własnego hobby, nawet kosztem poświęcania się… dla niewiadomoczego. Po takich doświadczeniach postanowiłem, że postaram się bardziej szanować ludzi, którzy ze mną współpracują. Nie spodziewałem się, że to „lepsze” podejście skomplikuje sprawy aż tak bardzo.

Są prośby, które w teorii wydają się proste. Prosisz kogoś o wrzucenie jednozdaniowego wpisu na fanpejdżu. Prosisz, żeby oddzwonił, odpisał. Prosisz, żeby potwierdził termin. Mówi, że nie ma sprawy i że jutro. No i nie odpisuje jutro. Nie odpisuje pojutrze. W ogóle nie odpisuje, więc przypominasz. Niestety tego typu problemy nie są wyjątkami. Jako szef projektu trzeba się przygotować na to, aby jedną łatwą sprawę załatwiać wielokrotnymi przypomnieniami – trzeba „cisnąć”. Teraz przemnóżmy to sobie razy kilkadziesiąt czy kilkaset. Nieźle, tworzy się nowy etat. Karma dla polityki w korpo. Fajnie, jeśli pracujesz dla firmy, która Ci za to płaci. Fajnie, jeśli możesz tego wymagać. Tutaj nie możesz.

Są prośby znacznie bardziej pracochłonne, zupełnie nieobowiązkowe. W takich przypadkach staram się delegować je osobom, które danym tematem się pasjonują i/lub są w stanie poświęcić się dla pewnej idei, ponieważ jest to zbieżne z kierunkiem ich działań i rozwoju. Proaktywności nie można wymagać. Ją trzeba stymulować, aby zaangażowani członkowie projektu widzieli sens w tym, że dają z siebie więcej. Wtedy można ich poprosić o więcej. I najważniejsza z rzeczy – podziękować za wszystko (o tym niestety nie wszyscy pamiętają..).

Wiele osób, jedno miejsce i czas

Uważam, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy w dzisiejszych czasach. Budowanie nowej relacji współpracy rozpoczyna się zazwyczaj słowami „jestem w stanie się zaangażować, ale wiesz, jestem osobą zapracowaną”. Wiem, dlatego Cię wybrałem. Ludzie aktywni mają mnóstwo zajęć i różne priorytety. A z takimi uwielbiam pracować. Jeśli ktoś niewiele robi, to mała szansa, że zrobi coś więcej. Jeśli ktoś robi dużo, to z pewnością nauczył się jakkolwiek organizować swój czas i będzie w stanie wcisnąć coś ekstra lub zmienić priorytet. Niezależnie jednak od kompetencji organizacyjnych często zdarzają się życiowe sytuacje, przez które nie można zebrać całej ekipy. Zrobić próbę z wszystkimi muzykami oraz wszystkimi tancerzami? Zapomnij. Taką fantazję miałem nie raz, ale rzeczywistość nie pozwoliła. Z nią nie potrafię za bardzo negocjować. Ba, nawet trudno zebrać kilka osób raz w tygodniu. Z koncertami jest jeszcze trudniej. A co jeśli ktoś zachoruje? Co jeśli na ostatnią chwilę zdarzy się jakiś wypadek? Takie tam, jak ja to nazywam – standardowe menedżerskie stresy.

Wymagania a rzeczywistość

W tym całym zamieszaniu pojawiają się przekonani genialnością swojego pomysłu/feedbacku doradcy:

  • „eh, taka impreza to powinna być w piątek”
  • „kurcze fajnie, ale za daleko od centrum”
  • „no to nagłośnienie to mogłoby być trochę lepsze”
  • „przydałyby się bardziej pro brzmienia”
  • „ten wokal mógłby być nieco inny”
  • „trochę mały ten parkiet”

Mógłbym wymieniać jeszcze dalej te wszystkie docierające do mnie zdania. Staram się zawsze spokojnie dziękować za feedback, ale już nie raz miałem ochotę mniej miło odpowiedzieć: „No i po co mi to mówisz? Naprawdę wierzysz w to, że za tak skomplikowanym logistycznie projektem stoi osoba, która tego nie wie?” Poczuwam się więc w obowiązku uświadomienia, że tak, dbam o wszystko co się da. I tak, często podejmuję świadome decyzje, polegające na tym, że część koncertu straci artystycznie, bo będzie w dzień, a nie w nocy i światełka nie zrobią klimatu. Nie możemy zrobić imprezy w piątek, bo klub to biznes i musi zarabiać. Zarabia na sprzedaży alkoholu przy taniej, DJ-skiej muzyce. Nie na kulturze, bo tak jest skonstruowany świat. Dlatego wolę zrobić w jakikolwiek inny dzień, niż w ogóle. Odpowiedzi na pozostałe porady zasłużyłyby na osobny post, więc je tu pominę.

Nie jest idealnie, nigdy. A zresztą.. często wypowiadamy to magiczne zdanie „nie ma ideałów”. Uważam jednak, że ludzie nie wiedzą nawet co jest ich ideałem. Nie wspominając już o tym, że ten ideał może się za chwilę zmienić. No ale standard jest okrutny i o tym już kiedyś pisałem. Tutaj koncert to konkretny przypadek. Co to kogo obchodzi, czy mieliśmy czas na przygotowania, czy robimy to po godzinach, czy staramy się wkładać wystarczająco dużo serca i pracy. Gość przychodzi, chce się fajnie bawić i to moja odpowiedzialność, żeby mu tego dostarczyć. Zwłaszcza gdy w opisie eventu gwarantuje się świetną zabawę. Przecież w dużym mieście jest konkurencja, przyjeżdząją gwiazdy i lepiej posłuchać kogoś kto jest bardziej znany, kim można się pochwalić wśród znajomych.

Wielu ludzi ma sztuczne wymagania po to, aby ktoś zwrócił na nich uwagę. Podejmowanie inicjatyw nauczyło mnie, jak ważne jest bycie nieproblemowym dla innych osób. Gdy ma się wiele spraw na głowie to każda kolejna, nawet ta najmniejsza, staje się uperdliwa i energiożerna.

Muzyka taneczna na żywo a potrzeby

Zastanawiam się nad tym czy muzyka na żywo do tańca to coś znacznie lepszego niż ta z głośnika. Polaków trzeba spić, żeby zaczęli się dobrze bawić. No bo przecież publiczne wygłupy na trzeźwo to niedopuszczalna siara. Stawiam (sobie) psychologiczną hipotezę, że nietrzeźwym umysłom lubiącym imprezy, do dobrej zabawy wystarczy prosta, popularna, taneczna piosenka lub dobry groove z sexi wokalem (przez groove rozumiem atrakcyjny rytm perkusji i basu). Niestety, hipotezę mógłbym nieco rozszerzyć także na umysły trzeźwe, ale to już bardziej skomplikowane badanie, więc odkładam je na później. Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie mówię tutaj o koncertach na żywo, ale muzyce użytkowej, stricte do tańca (na koncerty na szczęście część osób jeszcze chodzi nie tylko po to, żeby pochwalić się znajomym, czy zobaczyć na żywo swojego idola).
I jest powód, dla którego się nad tym mocno zastanawiam. Zagrać coś dobrze na żywo to dość skomplikowana i bardzo droga operacja. Kilka osób musi w tym samym czasie zsynchronizować się z pozostałymi, każdy wykonując swoją rolę. Do tego dochodzą ogromne koszty sprzętu (tak, dobry instrument jest droższy niż MacBook Pro) oraz umiejętność bycia elastycznym na scenach, które różnią się warunkami (akustyka, światła, dym, powierzchnia). Im więcej kawałków do zagrania tym więcej czasu na przygotowanie, większe zmęczenie na koncercie. No a przecież jest Winamp, który to wszystko ogarnie kilkadziesiąt razy taniej, bez wysiłku, z większym repertuarem.

Niekolorowa muzyczna kuchnia

Robię imprezę, na której umożliwiam zespołom prezentację na dużej scenie, dla dużej publiczności, dokładam do interesu. Przychodzi ekipa na gotowe i zadaje pierwsze egzystencjalne pytanie: „Jest piwo dla muzyków?”. Było, nawet z przekąskami, aby gwiazdy mogły się zrelaksować pomiędzy rozdawaniem autografów. Potem schlani robią wiochę na scenie i do tego żadnego „dziękuję”. Moja inicjatywna, moja odpowiedzialność, mój problem. Dlatego wyciągam wnioski i stwierdzam, że po co nam psuć sobie zdrowie innymi, skoro życie uczy mnie ostro, że koncepcja altruizmu jest iluzją. Trochę oczywiście przesadzam i generalizuję, no ale wierzcie mi, że niełatwo skupić się na wielu innych fajnych osobach, których spełnione marzenia dają satysfakcję i motywację do dalszych działań, w momencie gdy jedna ekipa psuje wizerunek całego wydarzenia i to akurat oni zostają zapamiętani..

Nie raz już wpadłem na „profesjonalistów”, uważających się za niewiadomokogo, dlatego że pracują przy dużych koncertach z gwiazdami. Robią wtedy z ciebie pionka, który jest złem koniecznym w ich codziennej, fantazyjnej karierze – „No znajomy mnie poprosił, to jestem tu z wami, a miałem ciekawsze eventy do zrobienia”. Zadziwiające jest tylko to, że wśród tych pro wymiataczy nie wszyscy są pro za jakich się uważają, no ale może dlatego mają takie podejście do tematu? Wiem, że daleko mi do top poziomu, ale nauczyłem się w życiu szanować ludzi niezależnie od ich kompetencji i pomagać tym, którzy podejmują inicjatywę. Uważam, że takie podejście jest zdrowsze niż sztuczne pompowanie swojego ego i jawne zaniżenie wartości tych mniej popularnych osób.

W tych wszystkich inicjatywach warto pamiętać o jednej rzeczy, którą nazwałem sobie „empatią wiele do jednego”. Jesteś jednym z wielu w relacji do jednego. Wiele przewijających się przez jeden klub zespołów. Wiele konkurencyjnych imprez w ciągu jednego wieczoru. Tych wielu zazwyczaj nie rozumie, że nie są aż tak wyjątkowi dla tego jednego. Nie zawsze rozumieją, że można ich wymienić, że niedługo przyjdą następni, niezależnie od tego jakimi gwiazdorami tamci nie byli. Świadomość ta pozwala mi wyluzować i nie przywiązywać się zbytnio do osiągnięcia cudownej niepowtarzalności eventu.

Po co?

Skoro to tak skomplikowane wszystko, to po co to robić? Zwłaszcza gdy dokłada się finansowo do interesu? To pytanie zadaję sobie najczęściej, żeby nie marnować życia na trwanie w iluzji.

Lubię doświadczać, a nie tylko czytać internety i myśleć, że „wiem jak to jest”. Uważam, że wiele rzeczy warto sprawdzić na własnej skórze. A ja lubię stawiać sobie cele, które są trudne, bo tylko takie rozwijają ambitnych ludzi. W ten sposób zdobywa się bezcenne umiejętności. Kiedy wchodzę (w mniejszym lub większym stopniu) w rolę kierownika projektu, scenarzysty, reżysera, aranżera, dyrygenta, muzyka, tekściarza, menedżera, sprzedawcy, marketingowca to zaczynam ogarniać systemy. Zaczynam rozumieć świat dookoła, którego nigdy nie poznałbym będąc przywiązanym do jednej, wąskiej specjalizacji. To podejście pozwala mi zrozumieć ludzi i budować z nimi relacje oparte na wzięciu odpowiedzialności, co w dłuższym terminie zaowocuje nowymi przedsięwzięciami. Łatwo dziś wyklikać znajomość na fejsbuku. O wiele trudniej zbudować ją w realu, bazując na wspólnych, często niełatwych doświadczeniach.

Gdzieś tam nadal wierzę, że są pewne idee, które warto tworzyć, wspierać. Chociażby dlatego, żeby w ramach eksperymentu przekonać się czy mają sens (a nie tylko o nich gadać). Ma się potem z tego satysfakcję. Nauczyłem się, że jeśli potrzebuję czegoś nietypowego, czego obecny świat nie oferuje, to nie mam prawa od niego tego wymagać. Mam za to możliwość wzięcia się do roboty i zainspirowania innych do podobnych działań. Może to moje uświadamianie co niektórym niezdecydowanym w tym pomoże. Pewnie nie zmotywuje, bo bycie liderem jest trudne i zazwyczaj trzeba wiele rzeczy poświęcić, ale pozwoli przygotować się do starcia z problemami, o których istnieniu wiedzą jedynie ci, którzy innych prowadzą 😉