Zarządzanie, czyli ta niewidzialna praca

Ja jestem tym, który sprowadza na ziemię. Jakoś biblijnie mi to zabrzmiało. Jednak wypowiadając ostatnio takie zdanie do jednego z moich zespołów, uświadomiłem sobie kolejną rzecz. Bycie szefem nie jest mile widziane z definicji. Przynajmniej krótkoterminowo. W dłuższej perspektywie niektóre osoby zaczną doceniać to co robisz, nawet jeśli wcześniej obrażały się, że powiedziałeś im prawdę.

Zauważyłem jak często ludzie podejmują decyzje emocjonalnie, pod wpływem chwilowego impulsu. Zróbmy to, zróbmy tamto. Pomysł za pomysłem, w oderwaniu od rzeczywistości. No i jest się tym złym, który uświadamia, że nie teraz, że nie ma z kim, że nie te możliwości. Używając poprawnej politycznie quasi dyplomacji, że pewnie zrobimy to w przyszłości. Zbieraj pomysły od wszystkich, mówi japońska filozofia Kaizen. Zbierać łatwo, o wiele trudniej wybrać. Wybrać tak, aby nie zabić entuzjazmu odrzuconych.

Takie dwie osoby – jedna mająca pomysły nie z tej Ziemi, a druga twardo po niej stąpająca, to w sumie dobrze dopełniające się role. Trochę trudniej jest w momencie, gdy w te dwie role wczuwa się jednocześnie jeden człowiek. Nie ma wtedy wyjścia jak ochłonąć i przespać się z szalonymi koncepcjami. Na drugi dzień zawsze łatwiej jest o to chłodne spojrzenie na nieziemską kreatywność, co pozwala utrzymać balans.

Czasami człowiek godzinę myśli nad tym jak napisać maila zawierającego 3 zdania. Dlaczego? Głównie dlatego, że te 3 zdania kreują przyszłość. Twoi ludzie poświęcają czas i energię. Twoja organizacja pieniądze. Tej pracy nikt nie widzi. Ludzie widzą tylko decyzje, zwłaszcza te nietrafione. Nietrafione często dlatego, iż dopiero życie mogło je zweryfikować. Nikt nie widzi myśli. Wykonawcze są jedynie słowa i gesty. Tych z kolei wystarczy zaledwie kilka, aby zmienić bardzo wiele.

Tacy wszyscy empatyczni, a często zadają pytania w stylu: Czym Ty się denerwujesz? To naprawdę tyle pracy? Teraz już mnie to nie dziwi i nie mam nikomu tego za złe. Dopiero zostając szefem, menedżerem, tym kto odpowiada za innych ludzi, produkt lub duże projekty można to pojąć. Jak ktoś ma wszystko w czterech literach i poziomem arogancji przewyższa Mount Everest to bez większego stresu zajdzie wysoko, w polityce i korporacjach traktujących ludzi jak roboty. Łatwo być wyluzowanym. Natomiast bycie wyluzowanym i jednocześnie odpowiedzialnym to już trochę inna bajka. Opowiedzialnym nie tylko za to, co się zrobiło, ale także za to czego się nie zrobiło. Nieprzypadkowo, wypełniając formularz badań okresowych do placówki medycznej, w rubryce „zagrożenia zawodowe” widnieje podpunkt „stanowisko decyzyjne”. Kierują Cię wtedy na badanie serca. Niestety EKG nie wykazuje tego czy było ono złamane, bo ktoś Cię znowu zawiódł.

Niewdzięczna robota, nawet bardzo. Tylko skoro tak, to po co to robić?

Po prostu, ktoś czuję powołanie albo zwyczajnie go to kręci. Czuje, że czasami warto uporządkować ten chaos. Zamiast marudzić, woli wziąć się do roboty, dawać przykład i inspirować. Prawdziwi liderzy są na tym świecie potrzebni. Liderzy, którzy potrafią wyjść poza schemat i spójnie ze swoją wizją przeprowadzać innych poprzez opór innowacyjności. Oby takim przywódcom nigdy nie zabrakło energii oraz wiary w siebie. Zwłaszcza w momentach, w których nikt nie będzie wierzył w nich.

Takiej wiary życzę wszystkim tym, którzy rozumieją cokolwiek z tego, co tutaj napisałem 😉